est pierwsza w nocy. Od morza wieje ciepły wiatr, księżyc w pełni odbija się w niespokojnej wodzie, której szum i migotanie wprawiają mnie w błogi nastrój. Przez chwilę odnoszę wrażenie, że jestem jedynym człowiekiem na świecie. Wystarczy jednak się odwrócić. Za plecami mam milionowe miasto. Światła wypalają się w siatkówce i wydaje się, że obserwuje mnie tysiąc oczu. Przez dwa miesiące żyję tak na granicy światów. W dzień otaczają mnie ludzie, w nocy zwierzęta. Nadstawiam uszu, czekając na sygnał do działania. Gdzieś nieopodal słyszę szczekanie... Biegnę… Skierowane w stronę dźwięku światło latarki odbija się w oczach wielkiego psa. Patrzymy na siebie, aż dotrze do niego, że powinien odejść. Wtedy zwiesza ogon i opuszcza mój teren. Wyłączam światło i przyzwyczajam się przez chwilę do mroku, po czym rozglądam wokoło. Pracuję w nocy, bo właśnie wtedy, kiedy temperatura nieco spada, pojawiają się moi podopieczni… Cichutko podchodzę do wielkiej dziury w piasku. Żółwica - zastygła w środku - składa właśnie jaja. Będzie ich może nawet dwieście. Kiedy kończy, zasypuje starannie gniazdo i kieruje się z powrotem w stronę morza. Trzymam się na uboczu, czekając, aż zniknie. Ponad metr długości, do pięćset kilogramów wagi. W wodzie jest już bezpieczna, nie ma tam naturalnych wrogów. Te dwie godziny spędzone na lądzie to najniebezpieczniejsze godziny w jej życiu. A to życie jest naprawdę niesamowite. Smutno mi się robi, gdy pomyślę, jak kończą niektóre z nich - zagryzione przez bezpańskie psy podczas składania jaj, czasem zaledwie metr od bezpiecznego morza. Na szczęście tej się udało. Raz znalazłam otoczoną przez trzy psy samicę, z niemal odgryzioną łapą. Przybyłam na miejsce w ostatniej chwili, minutę później prawdopodobnie nie dałoby się jej uratować. Podobna sytuacja na szczęście się nie powtórzyła. Zawieźliśmy ranną żółwicę do szpitala, gdzie została szybko wyleczona i wypuszczona z powrotem do morza. Zastanawiam się, gdzie się teraz uda, gdzie już była, ile przygód już za nią... Jedyne, co wiem, to że urodziła się na tej plaży. Zawsze wracają w to samo miejsce, żeby złożyć jaja. Nikt nie wie, jak i dlaczego, ale oczywistym jest, że dla nich musimy chronić te nieliczne, wyjątkowe, wybrane miejsca. Nie jest to wcale takie łatwe. Prądy przynoszą tu tony śmieci z całego Morza Śródziemnego, a organizacja, dla której pracuję, toczy batalię z firmą chcącą tu i teraz postawić wielką fabrykę. Na popołudniowy relaks na plaży zabieram worek i rękawiczki. Zadziwia mnie to, co można tu znaleźć: klocki Lego, trampki, lalki bez oczu, puszki aluminiowe, banery, maszynki do golenia, butelki, słomki do napojów, opakowania po przekąskach, kapcie, kości, druty, sieci, liny, naczynia jednorazowe, puszki, nakrętki, ubrania, styropian, deski, dmuchane zabawki, reklamówki i niezidentyfikowane kawałki plastiku wszelkich kształtów i kolorów. A obok muszelki i kolorowe kamienie… No i oczywiście żółwie gniazda. A z dziesięciotygodniowych gniazd zaczynają nocami wychodzić młode. Szukając ich, chodzę po plaży z pudłem i świecę sobie pod nogi, a każdego znalezionego malucha zabieram ze sobą. Mają tylko kilka centymetrów, ale trzymając je w dłoni, czuję tę niesamowitą siłę życiową, którą wtłoczyła w nie natura. Przez całą noc biegają po kartonie, pamiętając tylko, że muszą za wszelką cenę dotrzeć do morza. Gdy nastaje ranek, wypuszczam je parę metrów od celu, a sama wchodzę do wody i świecę w ich stronę latarką. Podążają za światłem i gdyby nie miasto ze swoim blaskiem, to księżyc, gwiazdy i migoczące fale z pewnością wskazałyby im drogę. Człowiek postanowił jednak przyćmić naturę. Moja latarka skierowana na ich pyszczki przykuwa na szczęście ich uwagę i wkrótce zabierają je fale. Jeden na tysiąc dożyje osiemnastki. Może wrócę tam za dwadzieścia lat i mały żółwik, którego zaprowadziłam do morza wyjdzie z niego jako piękna, silna mama?

Projekt miał miejsce w Mersin w Turcji, podczas wakacji 2019, w ramach inicjatywy Unii Europejskiej Europejskie Korpusy Solidarności dla młodzieży od osiemnastego do trzydziestego roku życia. #savetheturtles




Galeria zdjęć: